|
Język migowy na uniwersytecie Rozmowa z prof.
Markiem Świdzińskim |
![]() |
|
Marek Świdziński: Złożyło się na to kilka szczęśliwych przypadków. Przed trzema laty poznałem Małgorzatę Czajkowską-Kisil, rodzimą użytkowniczkę polskiego języka migowego. W tym samym czasie wpadł mi w ręce tekst rozprawy habilitacyjnej Jacka Perlina o języku migowym. Uznałem wtedy, że podjęcie systematycznych badań nad językiem migowym jest wyzwaniem dla językoznawcy. Zauważyłem tez, że polski język migowy jest zaledwie tolerowany w środowiskach zajmujących się wychowaniem i nauczaniem głuchych. Sadzę, że to dramatyczny problem społeczny. Język migowy nie ma w Polsce takiego statusu, jaki mają języki migowe na przykład w Stanach Zjednoczonych, Szwecji, Wielkiej Brytanii czy Holandii. Konieczna jest zmiana tej sytuacji. Pomyślałem sobie, że przyłożenie ręki do czegoś, co jest społecznie dobre, warte jest poświecenia czasu. NŚC: Jaki udział w organizowaniu zajęć maja rodzimi użytkownicy języka migowego? M.Ś.: Nieocenionym współpracownikiem jest pani mgr Małgorzata Czajkowska-Kisil. W przygotowanej pod moim kierunkiem rozprawie doktorskiej podjęła ona trud opisu gramatycznego polskiego języka migowego. Teraz jesteśmy już na etapie gromadzenia zapisów magnetowidowych tekstów migowych. Myślę, że jako językoznawca mogę się tutaj przydać, niemniej cały ciężar pracy empirycznej spoczywa na Małgosi i na innych, współpracujących z nami, rodzimych użytkownikach języka migowego. NŚC: Jakie korzyści, oprócz efektów naukowych, może przynieść prowadzone przez państwa konwersatorium? Małgorzata Czajkowska-Kisil: Mam nadzieję, że nasze zajęcia przysłużą się obaleniu wielu mitów, które istnieją wokół języka migowego. Wiele złego napisano i powiedziano o języku migowym. Robili to głównie ci, którzy go nie używali i zarazem czuli się zagrożeni tym, że ich uczniowie lub podopieczni uważali za lepszą technikę komunikacji. Poza tym jest on postrzegany jako element izolujący środowisko głuchych od osób słyszących. Nie zawsze jednak zauważano, że właśnie dzięki niemu osoby niesłyszące uczestniczą w kulturze ogólnej. Informacje dostępne dla osób czytających po polsku i pochodzących z tego środowiska są przecież propagowane wśród głuchych przez te osoby za pomocą języka migowego. Dzięki językowi migowemu środowisko jest dosyć spójne i samodzielne. Samo potrafi siebie rehabilitować. Trzeba zrozumieć, że język migowy posługuje się innymi formami wyrazu, mniej może dostępnymi dla reszty społeczeństwa, ale tak naprawdę dostępnymi dla każdego, kto zechce się ich nauczyć. NŚC: Czy to prawda, że głuchy, znający język migowy, ma większą szansę opanować język foniczny? M.C-K: Tak, dla dziecka głuchego język polski jest niedostępny, gdyż go nie słyszy. Język migowy jest jego językiem pierwszym. Nie można nauczyć się języka z powietrza. Trzeba go zawsze przełożyć na cos sobie znanego. Każde głuche dziecko jest w stanie przyswoić sobie język migowy, dzięki któremu może poznawać świat i - co najważniejsze - rozwijać swój język wewnętrzny. NŚC: Co to znaczy "język pierwszy"? MŚ: "Język pierwszy" to jest nawet powiedziane za słabo, język pierwszy to język jedyny! Innymi słowy, istota ludzka z natury otwarta jest na jeden język. Nie jest zarazem tak, jak sobie wyobrażali naiwni natywiści jeszcze przed półwieczem, że człowiek może w pełni przyswoić sobie tylko język swoich rodziców. Każde dziecko rodzi się z pewną predyspozycją językową. W jego umyśle jest miejsce na jeden język, który jednak musi do niego dotrzeć w jedyny naturalny sposób, to znaczy przez kontakt z tekstami tego języka. NŚC: Dziecko głuche jest, wobec tego, w sytuacji o wiele gorszej niż dziecko słyszące? MŚ: Na pewno. Dziecko, które przeżyje kilka pierwszych lat bez swobodnego dostępu do komunikatów językowych - a tak często bywa w przypadku dzieci głuchych, mających rodziców słyszących - być może żadnego języka w sposób przyzwoity nie pozyska. Dla rodziców dzieci głuchych jest rzeczą zasadniczą pomóc dziecku w jak najwcześniejszym pozyskaniu języka. Muszą istnieć wyspecjalizowane instytucje, które rodziców takich będą prowadzić. W Polsce ze wszystkim zwlekamy, politycy nieraz latami przymierzają się do podjęcia decyzji. Tutaj natomiast nie ma nawet tygodnia do stracenia! Każdy miesiąc opóźnienia będzie miał nieodwracalne konsekwencje. Nie chodzi tu tylko o konsekwencje językowe. Dziecko głuche, które nie ma kontaktu z rodzicami, nie jest w stanie wyrażać emocji i uczyć się wrażania emocji. Wobec tego, jeśli nawet z takiego dziecka w szczęśliwych okolicznościach nie wyrośnie inwalida językowy - świadomie używam tego słowa - to jest prawdopodobne, że pozostanie on człowiekiem z defektem emocjonalnym. NŚC: Czy pana zdaniem w Polsce nie przykłada się to tego należytej wagi? MŚ: W Polsce zapalono zielone światło jednej tylko technice wychodzenia naprzeciw niesłyszącym, mianowicie neurochirurgii i implantom. Zdając sobie sprawę z tego, że każdy sposób pomocy tonącemu jest moralnie zasadny, uważam, że mamy tu do czynienia z ominięciem problemu. Przywrócenie głuchemu fizjologicznej możliwości słyszenia - mówię tu o ludziach, którzy nie słyszeli nigdy - jest w najlepszym razie krokiem na bardzo długiej drodze do komunikacji, do języka i do wpisania się w środowisko, zarówno własne, jak i to zdominowane przez większość językową słyszących. Nie może być tak, że jedyne zielone światło jest zapalane dla nowych - niewątpliwych przecież - dokonań medycyny i techniki. Dziecko głuche nie poradzi sobie bez języka migowego. Dziecko głuche z implantem też sobie nie poradzi. Innym słowy, hierarchia ważności jest jednak taka: najpierw polski język migowy i dwujęzyczność, a potem lub równoległe protezowanie słuchu. Oczywiście, protezowanie w wypadku osób niedosłyszących albo ogłuchłych ma sens absolutnie fundamentalny, ale nie w sytuacji, kiedy dziecko nie słyszy od urodzenia. NŚC: Nie dla każdego niesłyszącego język migowy jest pierwszym językiem? M.C-K.: Język migowy to język pierwszy - i jedyny - dla dziecka, które przyszło na świat głuche. Ale, paradoksalnie, może on być pierwszym językiem dziecka słyszącego, jeżeli rodzice nie słyszą i mowy przekazać nie mogą. NŚC: Ale nie dotyczy to niesłyszących, którzy stracili słuch już po nauczeniu się mowy? M.C-K.: Myślę, że nie. Dla takich osób język migowy jest tylko jedną z form odbioru komunikatów, o wiele łatwiejszą niż odczytywanie z ust. Podstawą rozwoju językowego jest w ich wypadku język polski, Należy dbać o to, by pamięć językowa u nich nie zaginęła. Dobrą metodą jest tutaj, na przykład, motywowanie dzieci ogłuchłych do głośnego czytania. NŚC : A zatem nie jesteście państwo przeciwnikami uczenia mowy? M.C-K.: Do tej pory uważano, że jedyną cechą określająca zdolności językowe dziecka głuchego jest umiejętność mówienia. My odwracamy tę hierarchię. Zakładamy, że mowa jest bardzo ważna, ale zarazem sądzimy, ze jest ona ostatnim etapem w rozwoju umiejętności językowych dziecka głuchego. Pierwszym etapem jest wytworzenie mowy wewnętrznej dziecka. Droga do nauczenia dziecka niesłyszącego mowy jest bardzo trudna i długa. Lepiej posiąść sprawność językową dzięki językowi migowemu niż jej nie pozyskać w ogóle. NŚC: Wróćmy do państwa badań. Panie profesorze, czy język migowy trudno opisać? M.Ś.: Język migowy jest bardzo trudno opisać, przede wszystkim dlatego, że znaki tego języka są tworami bardzo złożonymi. Gramatyka polskiego języka migowego jest skrajnie rożną od polskiej. Nie mamy w języku migowym żadnej odmiany, żadnych przypadków, rodzajów czy osób. Słyszącemu Polakowi język głuchych współobywateli wydaje się chińszczyzną. I oczywiście odwrotnie: głuchy znajduje się w pozycji Chińczyka ucząc się polszczyzny. ŚC.: Dlaczego języki migowe uważane są za gorsze? M.Ś.: Jako językoznawca odrzucam jakąkolwiek klasyfikację języków na lepsze i gorsze. W szczególności jestem negatywnie nastawiony do prób deprecjonowania języków przez określanie ich mianem prymitywnych. Wszystkie języki naturalne są bardzo skomplikowane. Niemożliwe jest, żeby język migowy, jako naturalny, był mniej skomplikowany. Istotnie, słownictwo języka migowego jest uboższe od słownictwa języków fonicznych. Ale i to nie świadczy o prymitywności tego języka. Zauważmy, ze przeciętny użytkownik języka wykorzystuje kilka tysięcy słów, czyli tyle, ile odnotowano już w słownikach języka migowego. ŚC.: W Polsce istnieje wiele odmian języka migowego, czy nie jest to przeszkodą w jego rozwoju? M.C-K.: W wielu krajach były prowadzone próby ujednolicenia języka migowego. Zazwyczaj polegały ona na przystosowaniu języka migowego do języka fonicznego, na przykład do jego gramatyki. W efekcie jednak powstawały języki ograniczone do niezbyt dużej liczby użytkowników. M.Ś.: Język powinien rozwijać się w sposób naturalny. W przypadku języka migowego najlepszym miejscem dla jego rozwoju są szkoły i uniwersytety dla głuchych, gdzie spotykają się różni użytkownicy języka migowego. Podczas wykładów i rozmów może dojść do spontanicznego powstawania nowych elementów języka. A bogactwo odmian języka to przecież wartość, nie ograniczenie. ŚC.: Jakie są państwa plany, jeśli chodzi o zajęcia na uniwersytecie? M.Ś.: Nasze konwersatorium, mam nadzieję, będzie się odbywać również w przyszłym roku. Liczę na to, że dołączy do nas większa grupa niesłyszących. Oni są nam bardzo, bardzo potrzebni. Liczę też na to, że nasze konwersatorium wyśle sygnał w świat, że jest problem polskiego języka migowego, problem, na który nie zwracano do tej pory należytej uwagi. Nie widzę w tym niczyjej złej woli. Musi być on jednak dostrzeżony, gdyż jest to warunek istnienia społeczności głuchych w otoczeniu słyszących. Wierzę, że teraz właśnie nam zapali się zielone światło. ŚC.: Dziękujemy za rozmowę. (NŚC 2/98)
|
|
|