O Romanie Petrykiewiczu

Kazimierz Diehl

Pamięci Nauczyciela i Przyjaciela - spełniając Jego marzenie, by zwyciężyły dobro
i prawda, by sprawy, długi czas ukrywane, pozostały na zawsze w pamięci środowiska, 
bo środowisko bez pamięci swej historii traci tożsamość

Niedawno uroczyście obchodziliśmy 80 rocznicę odzyskania niepodległości po 123 latach zaborów. W tymże miesiącu przypadła też 80 rocznica obrony Lwowa, która była niezwykłym przykładem patriotyzmu i heroicznego poświęcenia dla ojczyzny. Była to przede wszystkim po obu stronach walka o wolność. Polscy mieszkańcy Lwowa walczyli o swoje miasto rodzinne, a Ukraińcy o niepodległość i suwerenność powołanej 1 listopada 1918 roku Zachodnio - Ukraińskiej Republiki Ludowej. To historia sprawiła, że Lwów był wielonarodowy, tak jak wielonarodowe były kresy południowo - wschodnie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. We Lwowie, tak jak w Wilnie i na całych Kresach, żyli zgodnie obok siebie Polacy, Ukraińcy, Litwini, Żydzi, Rusini, Ormianie i Tatarzy. Dopiero w końcu XIX wieku 
zaczęło się rodzić poczucie odrębności narodowej niektórych mieszkańców tych ziem.
Niektórzy uważają, że obrona Lwowa była preludium późniejszej wojny polsko - bolszewickiej. Nic bardziej mylnego. Zachodnio - Ukraińska Republika Ludowa nie była republiką sowiecką. Była zaczątkiem niepodległego, demokratycznego państwa ukraińskiego.
W późniejszej wojnie polsko - bolszewickiej i Polacy, i Ukraińcy, którzy walczyli przeciwko sobie o Lwów, walczyli obok siebie w armii polskiej z nawałą bolszewicką.
Jerzy Giedroyć, redaktor paryskiej “Kultury” pisał: “....w młodym pokoleniu panuje kompletna ignorancja, jeśli idzie o okres odzyskania niepodległości i postać Marszałka Piłsudskiego. A jeśli się coś wie o tym okresie, jest to skażone propagandą z okresu PRL - u, nieszczęściem Polski jest to, że jej historia jest tak zakłamana.....”
Dlatego piszę ten artykuł. Obowiązkiem starszego pokolenia wobec młodszego jest odkłamywanie historii.
Co wiemy o udziale głuchych w tych wydarzeniach? Nie zetknąłem się jeszcze z jakimikolwiek wiadomościami na temat ich udziału w wydarzeniach dotyczących bezpośrednio odzyskania niepodległości. Natomiast dość dużo wiemy o udziale w obronie Lwowa. A to dzięki temu, że prezes Zarządu Głównego PZG w latach 1955 - 1967 Roman Petrykiewicz brał w tych walkach udział wraz ze swymi słyszącymi braćmi i kilkoma głuchymi kolegami.
Miałem możność słuchać opowieści prezesa Petrykiewicza. To co napiszę poniżej, jest publikowane po raz pierwszy. Prezes Petrykiewicz opowiadał o tych wydarzeniach jedynie w gronie zaufanych przyjaciół. W tych czasach nie mówiło się i nie pisało o obronie Lwowa, wojnie polsko - bolszewickiej, Marszałku Piłsudskim. A że Prezes był człowiekiem pełnym osobistego uroku, umiał pięknie opowiadać w języku migowym, wspieranym przez równie piękną, pełną “lwowskich” naleciałości polszczyznę, jego opowiadania były pasjonujące.
Opowiadał więc prezes o swym udziale w walkach o Lwów. W spisie uczestników obrony Lwowa znajdującym się w książce Bohdana Skaradzińskiego “Obrona Lwowa” nazwisko “Petrykiewicz” powtarza się kilkakrotnie. Jeden z braci - Antoni, wówczas 13 letni uczeń gimnazjum przeszedł do historii jako najmłodszy z poległych Orląt Lwowskich i najmłodszy jak dotąd kawaler Orderu Virtuti Militari. Walczył w oddziale późniejszego wybitnego generała Romana Abrahama, bohatera nie tylko obrony Lwowa, ale i września 1939. Antoś Petrykiewicz walczył na Persenkówce, zwanej “Redutą śmierci”, gdzie został śmiertelnie ranny. Był wymieniany łącznie z drugim z najmłodszych poległych 14 - letnim Jurkiem Bitschanem. Te dwa nazwiska powtarzały się i powtarzają we wszystkich publikacjach dotyczących obrony Lwowa i Cmentarza Orląt Lwowskich. Będąc małym chłopcem, czytałem te nazwiska w przedwojennym czasopiśmie dla młodzieży “Płomyk”. 
Generał Roman Abraham w jednej ze swych prac tak pisze: .....w moim oddziale Góry Stracenia walczył od pierwszych dni listopada uczeń II kl. gimnazjum, ś.p. Antoni Petrykiewicz, w wieku lat 13. Ciężko ranny w walce pod Persenkówką 28 grudnia 1918 r. , zmarł z ran w szpitalu na Politechnice. Za osobistą odwagę odznaczony został Krzyżem Virtuti Militari. Był to najmłodszy w całej armii kawaler tego najwyższego odznaczenia wojennego....
Portrecik Antosia wisiał na honorowym miejscu w mieszkaniu Prezesa, obok portretu matki oraz Marszałka Piłsudskiego i generała Abrahama.
O Marszałku, którego kilka razy widział, opowiadał prezes tak barwnie i plastycznie, że stawał przed nami jak żywy: “...wysoki, barczysty, z pochylonym karkiem, zwisające wąsy, wielkie brwi, siła w spojrzeniu....”
O generale Abrahamie: “... jeden z najwybitniejszych dowódców Rzeczypospolitej, bohater pól bitewnych I wojny światowej, obrony Lwowa, wojny polsko - bolszewickiej, kampanii wrześniowej...”.
Taki był styl opowiadań prezesa Petrykiewicza. Mówił naturalnie, z uczuciem. Znać było, że opowiada o rzeczach, których był blisko, które są jego własnymi przeżyciami, że opowiada o wydarzeniach i ludziach dobrze sobie znanych i stanowiących naturalne tło wielu własnych przeżyć. Z przytoczonych wyrywkowo wypowiedzi wynika stara prawda, że prawdziwy żołnierz kocha i poważa swoich dowódców.
Prezes nie doczekał upadku komunizmu. Opowiadał to wszystko w tych czasach, kiedy o obronie Lwowa nie wolno było nawet wspomnieć, tak samo jak długo nie wolno było wspomnieć o Marszałku, a patrioci próbujący obchodzić dzień 11 Listopada na placu Zwycięstwa w Warszawie byli rozpędzani albo aresztowani przez “ludową” milicję.
Mówił: - co my dzisiaj mamy z tego- walczyliśmy o Lwów, walczyliśmy z najazdem bolszewickim 1920 roku, walczyliśmy w okresie II wojny światowej z okupantem sowieckim i bolszewickim w szeregach Związku Walki Zbrojnej a potem Armii Krajowej. Czy wolno przekreślać te patriotyczne zrywy, fałszować historię? Czy wolno odmawiać bohaterstwa tym, którzy polegli w obronie wolności i niezawisłości Ojczyzny i tym, którzy zwyciężyli i żyją do dzisiaj? Nie wiem, jakie będą wyroki historii, ale pamięć o tych wydarzeniach zawsze będzie żyć w naszych sercach. Nie traćmy wiary i nadziei, że zwycięży prawda i dobro.
Zwycięstwa prawdy nie doczekał....
W 1920 roku zgłosił się ochotniczo do regularnego wojska i wziął udział w odparciu nawały bolszewickiej. Walczył m. in. pod Streptowem, Rudą Sielecką, Zadwórzem, Zuchorzycami, Laszkami Królewskimi.
Opowiadał o tych walkach często. Te opowiadania pokrywają się z tym, co znalazłem w literaturze.
Bohdan Skaradziński w drugim tomie książki “Polskie lata 1919 - 1920” pisze: “....Sławny bój pod Zadwórzem miał miejsce 17 sierpnia (1920 roku).Lwowskimi Termopilami nazywany był na patriotycznych akademiach. Znalazł się tam osamotniony batalion ochotniczego 240 pułku piechoty w odwrocie na Lwów. Był stosunkowo ostrzelany i doświadczony, rzucono go bowiem do walk już 26 lipca. Stanowił wtedy człon lotnego oddziału rotmistrza Romana Abrahama, stąd pod Zadwórzem miał silne wyposażenie w broń maszynową. Rekrutował się z lwowskiej młodzieży. Nie sposób dojść jak się stało, że ten batalion ogarnęła ze wszystkich stron kawaleria Budionnego. Z odsieczą nikt nie pośpieszył, w sztabach pewnie o batalionie nie pamiętano. Polskie karabiny maszynowe ponoć sześciokrotnie łamały kozackie szarże. Amunicję wystrzelano do ostatniego naboju, by uniknąć pastwienia się bolszewików, bądź niewoli ...”
Świadkiem tej bitwy był również znany pisarz rosyjsko – żydowski, Izaak Babel, który w tym czasie towarzyszył armii Budionnego, a po latach zginął w sowieckim łagrze. Opisał ją sugestywnie, nie pomijając opisów okrucieństwa bolszewików, którzy po wystrzelaniu przez Polaków całej amunicji przystąpili do mordowania jeńców w okrutny sposób. Stwierdził gorzko: “...jakąż to wolność przynosimy, okropieństwo. Przeszukują folwark, wyciągają z ukrycia, zarzynają, by niepotrzebnie nie tracić amunicji...”
Historycy są zgodni, że powstrzymanie armii konnej Budionnego na południowo - wschodnich kresach Rzeczypospolitej pozwoliło Marszałkowi Piłsudskiemu przegrupować siły i odnieść zwycięstwo w bitwie nad Wisłą, ocenionej przez wybitnego historyka wojskowości, lorda d’Abernona, jako osiemnasta decydująca bitwa w dziejach świata. Decydująca, bo zwycięstwo armii polskiej uchroniło Europę przed zalewem bolszewickich barbarzyńców.
W takich to wydarzeniach brał udział 19 - letni Roman Petrykiewicz, głuchy od siódmego roku życia ochotnik armii polskiej, wcielony do sławnego 240 Ochotniczego Pułku Piechoty. 
Z tego okresu posiadał wiele odznaczeń, dyplomów i zaświadczeń. Po wybuchu II Wojny Światowej czynnie włączył się do walki z dwoma najeźdźcami: najpierw bolszewickim, potem hitlerowskim. Już w końcu 1939 roku, gdy Lwów był okupowany przez wojska sowieckie i inkorporowany w skład Związku Sowieckiego, Roman Petrykiewicz wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, z którego wyłoniła się później Armia Krajowa.
Opowiadał, że ze zwerbowaną grupą kolegów wstąpił do ruchu oporu pod pseudonimami: “Poręb” i “Poraj”. Należeli do grupy wydawniczo - kolportażowej tajnej prasy. Przydzielano im również inne zadania: czyszczenie i konserwacja broni, sabotaże we Lwowie i okolicach. Opiekowali się też trzema jeńcami francuskimi, zbiegłymi z obozu jenieckiego. Ta sprawa zakończyła się tragicznie: jeńców wytropiło Gestapo i wszystkich wraz z właścicielką willi, w której się ukrywali, pułkownikową Świeykowską, rozstrzelano. Głusi, którzy opiekowali się jeńcami, przynosząc żywność i odzież, wyszli z tej akcji cało tylko dzięki bohaterstwu pani Świeykowskiej, która mimo tortur nikogo z nich nie wydała.
Pod koniec wojny cała rodzina Prezesa została deportowana w głąb Związku Sowieckiego. On sam zaś związany przysięgą czekał wraz z kolegami na dalsze rozkazy dowództwa Armii Krajowej. Po aresztowaniu tego dowództwa przez NKWD, otrzymali rozkaz ewakuacji na zachód.
Najpierw znalazł się na Śląsku, m. in. w Bielsku Białej i Bytomiu, gdzie do roku 1952 pracował w przemyśle odzieżowym na kierowniczych stanowiskach. Cały czas żył pod obserwacją UB i tylko dzięki temu, że on i koledzy z grupy lwowskich akowców byli głusi, uniknęli losu wielu żołnierzy Polski Walczącej, wywożonych masowo na Sybir, torturowanych, mordowanych. 
Jednocześnie kontynuował w ramach Polskiego Związku Głuchoniemych i Ich Przyjaciół swą przedwojenną działalność społeczną, rozpoczętą w 1921 roku w Towarzystwie “Nadzieja” we Lwowie. W roku 1925 należał do grona współzałożycieli Polskiego Związku Towarzystwa Głuchoniemych. 
W 1953 r został wiceprezesem Zarządu Głównego i kierownikiem działu "produktywizacji" głuchych w tymże Zarządzie, co pociągnęło za sobą konieczność przeniesienia do Warszawy. Na II Krajowym Zjeździe Delegatów w październiku 1955 roku, na którym nastąpiła zmiana nazwy tego stowarzyszenia na Polski Związek Głuchych, został wybrany prezesem Zarządu Głównego.
Poznałem go w 1953 roku w czasie odbywających się w Krakowie mistrzostw Polski głuchych w lekkoatletyce, na których występowałem jako zawodnik. Właśnie wtedy rozpoczęła się nasza długoletnia przyjaźń. Moją uwagę przykuł siedzący na trybunach dystyngowany pan w średnim wieku, otoczony przez grupę ludzi. Zauważyłem jego pełne dystynkcji i spokoju zachowanie, piękny styl użycia języka migowego i charakterystyczny uśmiech. Sposób bycia zdradzał człowieka bardzo wysokiej kultury osobistej, bardzo wysokiego poziomu. Od kolegów dowiedziałem się, że jest to wiceprezes Związku.
Zostałem mu przedstawiony. Kiedy powiedziano mi nazwisko i pochodzenie ze Lwowa, od razu przypomniały mi się czytane kiedyś “Płomyki”. Ale, że jest to rodzony, starszy brat bohaterskiego Antosia Petrykiewicza, dowiedziałem się od niego nieco później, choć domyślałem się tego.
Był prezesem Zarządu Głównego do końca roku 1967, a więc 12 lat. Działając na rzecz środowiska, zawsze wyrażał przekonanie, że głusi są pełnoprawnymi członkami społeczeństwa.
Jego wielką zasługą było zbudowanie silnego Związku, jego autorytetu i osiągnięć. To za jego prezesury powstały tak ważne inicjatywy jak działalność gospodarcza Związku, precedensowa na świecie rehabilitacja najmłodszych dzieci, nasz miesięcznik, który początkowo nosił nazwę “Świat Głuchych”. Miał pełne prawo powiedzieć kiedyś: “....słowa: ‘nie słyszę’, choć pozostały nadal wyrazem o głębokiej treści, przestały być krzykiem rozpaczy...”
Wychowywał swoim przykładem, osobowością, wiedzą. Wpływał na kształtowanie się postaw działaczy i środowiska. Niezwykle wymagający wobec siebie i innych , kształtował styl i podejście do pracy społecznej w taki sposób, by przynosiła ona nie tylko konkretne osiągnięcia, ale i satysfakcję. Nie sposób było oprzeć się jego autorytetowi. Człowiek po każdym spotkaniu z nim stawał się bardziej zaangażowany w sprawy środowiska, silniejszy w działaniu i odporniejszy na przeciwności losu.
Powtarzał: “....żeby dobrze służyć człowiekowi głuchemu, trzeba się całkowicie poświęcić tej służbie, nie zrażać się trudnościami czy przykrościami...”
Jest postacią nierozerwalnie związaną z historią naszego ruchu, jednym z jego nestorów. Jego nazwisko jest trwale wpisane w kroniki polskiego i międzynarodowego ruchu społecznego głuchych. Był członkiem Biura i wiceprezesem Światowej Federacji Głuchych od 1959 do 1971 roku. Z jego inicjatywy w 1967 roku odbył się w Warszawie V Kongres Światowej Federacji Głuchych, największa jak dotąd impreza zorganizowana przez Związek.
Z wielu posiadanych odznaczeń najbardziej cenił sobie Krzyż Armii Krajowej nadany w 1981 roku przez rząd polski na uchodźstwie oraz nadany przez tenże rząd Krzyż Wojska. Lubił pokazywać legitymację Krzyża Obrony Lwowa, Krzyż Małopolskich Oddziałów Armii Ochotniczej przyznany “za dzielność i trudy poniesione w bojach o całość i niepodległość Rzeczypospolitej w czasie napadu bolszewickiego od lipca do października 1920 roku”.
Jego nazwisko trwale wpisało się w historię walk narodu o niepodległość - wszyscy bracia walczyli w legionach, w wojnie polsko - bolszewickiej, w kampanii wrześniowej, w ruchu oporu. Takie były losy większości rodzin polskich w okresie walki o odzyskanie niepodległości.
W historii naszego środowiska jest niewiele osób, które mogą się poszczycić tak chwalebną przeszłością.
Postać Antosia jest symbolem bohaterstwa polskiej młodzieży, tak jak jest takim symbolem wielu małych bohaterów Powstania Warszawskiego.
Z okien naszej siedziby na Podwalu widać pomnik małego powstańca warszawskiego. Jakże ten pomnik kojarzy się z postacią Antosia. Dzieci, które szły do Powstania Warszawskiego, wychowywane były w kulcie lwowskich Orląt. Była między nimi różnica pokolenia, ale patriotyzm i umiłowanie wolności to samo.

W życiu prywatnym Prezes był wspaniałym kompanem. Potrafił być wesoły, nieraz i rubaszny, ale nigdy nie przekraczał granic dobrego smaku. Jego powiedzonka, dowcipy były zawsze wypowiadane w formie nieco zawoalowanej, ale czytelnej. Jest to przykładem wysokiej kultury osobistej. Nawet słowa uchodzące za niezbyt “aksamitne” potrafił wypowiadać w takim kontekście, że nie raziły.
Jego sposób bycia, kultura i urok osobisty, życzliwość i uprzejmość wobec ludzi były czymś wyjątkowym, czymś, co trudno zapomnieć.
Do końca życia zachował pogodę ducha i cechy swej bogatej osobowości. 
Zmarł w styczniu 1986 roku, dożywszy prawie 85 lat.

 

Roman Petrykiewicz 
na zdjęciu trzeci od lewej 

 

 


PZG.ORG.PL | Działalność PZG | Placówki PZG | Prezydium ZGPZG | Komisje | About PZG |Świat Ciszy InformacjeKulturaTechnika | Opinie | Język migowy | Historia | Prawo | Media i linki | Archiwum | Galeria | Malarstwo | Fotografia | Rzeźba | Grafika komputerowa | | Forum | Ogłoszenia | Wideokonferencja | Księga gości | Kontakt


Polski Związek Głuchych 1999-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone, wykorzystywanie jakichkolwiek elementów strony bez zezwolenia autorów jest zabronione. Najlepiej oglądać w Microsoft Internet Explorer >4.0, w rozdzielczości > 800/600.