Ogólnopolski Plener Malarski Osób Niesłyszących - Lanckorona 2005

[GALERIA PRAC NAGRODZONYCH]

Plener Malarski Osób Niesłyszących w Lankoronie zorganizował Oddział Małopolski Polskiego Związku Głuchych.

"Talent jest darem Boga. Tworzymy sztukę, bo to sprawia nam przyjemność. Nie możemy malować obrazów tylko po to, aby wygrać I, II czy III miejsce na plenerach i konkursach. Nagroda nie jest najważniejsza! Najważniejsze jest to, że sztuka daje nam przyjemność, że otwiera nasze serce na piękno świata, że możemy pokazać na płótnie to, co czujemy w sercu" - mówił Michał - głuchy artysta malarz, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Sankt-Petersburgu - podczas wykładu na temat sztuki. Takie spotkania odbywały się kilkakrotnie wieczorami w gronie 20-stu artystów malarzy, głuchych i słabosłyszących. Przyjechali oni z różnych miast na kolejny Ogólnopolski Plener Malarski Osób Niesłyszących, który odbył się w Lanckoronie koło Kalwarii Zebrzydowskiej w dniach od 19 do 28 sierpnia 2005 r.

Lanckorona

Dlaczego wybór padł akurat na Lanckoronę? Wszyscy uczestnicy pleneru byli zachwyceni pięknem tej niewielkiej wioski. Dawniej Lanckorona była miastem. Król Kazimierz Wielki wybudował tu w XIV w. zamek warowny, z którego pozostały dziś ruiny. Miasto Lanckorona rozwijało się gospodarczo od XIV do XVII wieku, będąc we władaniu znakomitych rodów m.in. Lanckorońskich, Zebrzydowskich, Czartoryskich, Myszkowskich, Wielopolskich. Podczas potopu szwedzkiego w 1655 r., a następnie walk konfederatów barskich z wojskami rosyjskimi w 1771 r. miasto zostało bardzo zniszczone i nigdy już nie odzyskało dawnej świetności. W 1868 r. wybuchł wielki pożar, który niemal doszczętnie zrujnował miasto. W następnych latach przystąpiono od odbudowy miasta wg historycznego planu, tworząc niepowtarzalny, spadzisty rynek, z którego odchodzą pod kątem prostym malownicze uliczki z drewnianymi, starymi domkami. W 1993 r. Lanckorona utraciła prawa miejskie i stała się miejscowością letniskową, znaną szczególnie w kręgach artystycznych polskich malarzy, artystów, reżyserów, pisarzy i innych wielbicieli drewnianej, unikalnej w skali kraju zabytkowej architektury. W tych starych chatach z wypielęgnowanymi ogródkami mieszkają ludzie. To nie jest skansen, to jest żywa architektura! W jednej z takich zabytkowych chat mieści się Galeria Winkiell - tzw. galeria pierwszego kontaktu, niekomercyjna, służąca popularyzacji twórczości różnych artystów. To tu w dniu 27 sierpnia 2005 r. odbył się wernisaż prac niesłyszących artystów malarzy, będący uwieńczeniem tego pleneru.

Zakochani w sztuce

Przypatrzmy się zatem pracom malarskim naszych artystów malarzy. Pozostaje nam tylko zadumać się bogactwem ich stylów, kolorów, technik. Co za różnorodność ludzkiej, twórczej myśli! Jak niezgłębione jest bogactwo ludzkiej wyobraźni i serca! Ile kolorów, kształtów i form można wydobyć z farb, umysłu i ruchów rąk! Jeden z artystów - Alfred - powiedział, że podczas aktu malowania czuje się tak, jakby był bliżej Boga - najdoskonalszego Artysty. Czy możemy im zazdrościć tej weny twórczej? Nie, to nie w tym kierunku powinna podążać myśl obserwatorów. Takie prace ubogacają nas, oglądających. Piękno w obrazach przelewamy w nasze serca, zapamiętujemy różne wrażenia, z których - jak podsumował artysta Jarek - pozostają "kolorowe wspomnienia".
Zatrzymajmy się jeszcze chwilę nad ludzkim sercem, pasjonującym się sztuką, sercem dotąd nieznanym. To serce Artura Trojanowskiego, artysty plastyka, mieszkającego wraz z żoną i córką od trzech lat w Lanckoronie i pracującego w Gminnym Ośrodku Kultury. Artur urodził się w Łodzi, tam ukończył Akademię Sztuk Pięknych, wydział grafiki. Wyprowadził się stamtąd do Lanckorony, gdyż, jak mówił, w mieście są inne relacje międzyludzkie niż na wsi. Tu ludzie się znają, są dla siebie serdeczni. Panuje spokój i cisza, żyje się w innym, niemal bajkowym świecie. A z czego mieszkańcy wsi się utrzymują? Przeważnie dojeżdżają do pracy do pobliskiej Kalwarii Zebrzydowskiej i Wadowic. Artur zaprosił nas wszystkich do swojego, starego, drewnianego domu, położonego wysoko, na zboczu góry. Z balkonu domu roztaczał się piękny widok na okolicę. Artur pokazał nam swoją pracownię, swoje obrazy, malowane w różnych, znanych stylach, jak i obrazy bardzo współczesne, właściwe tylko jemu. Artur czuwał - jak opiekuńczy duch - nad artystyczną stroną pleneru. Podpowiadał naszym malarzom, gdzie poprawić kolor czy rysunek tak, aby obraz stał się doskonały. On też wygłosił wykład o współczesnych malarzach XXI wieku, pokazał nam katalog z ich obrazami, wśród których figurowało także jego nazwisko. Przypomniał on również zasady tworzenia różnego rodzaju perspektyw, w tym perspektywy malarskiej, zasady operowania kolorami, charakterystycznych dla różnych pór roku, zasady malowania współczesnego plakatu, a także - co było ciekawostką - technikę japońskiej sztuki origami. Artur opowiadał m.in., że japońscy studenci obowiązkowo zdają egzamin ze sztuki origami, której uczą się od dzieciństwa. Ta sztuka uczy precyzji, spokoju, opanowania. Jeśli, na przykład, student, studiujący neurochirurgię, zda bardzo dobrze egzamin z origami, to można mieć nadzieję, że w przyszłości będzie z niego dobry lekarz neurochirurg. Wiadomo bowiem, że neurochirurg wykonuje operacje na ludzkim mózgu, stąd konieczne są takie cechy, jak wielkie skupienie i precyzja w działaniu.
Był też jeszcze jeden dobry duch, "mateczka", jak określiła ją malarka Renata. Danuta Giergun - wspaniała malarka, znana w kręgach głuchych artystów - jako komisarz pilnowała porządku, zachęcała wszystkich do pracy, tłumaczyła tajniki malarskie i czuwała, by nikt nie pozostawał w tyle z wykonaniem obrazów. Dzięki niej wszyscy zdążyli na czas oddać prace olejne i jakże liczne prace akwarelowe oraz graficzne. Łącznie powstało aż ok. 200 prac, w tym 40 olejnych. Owoc pleneru był naprawdę imponujący zarówno ilościowo, jak i jakościowo! Danucie zawdzięczamy pomysł zorganizowania pleneru właśnie w Lanckoronie.

Nagrodzeni

Tu czas już przedstawić nagrodzone i wyróżnione prace. Jury w osobach profesjonalnych artystów plastyków Stanisławy Koślacz-Piaskowskiej i Jacka Budzowskiego miało niemały problem z wyłonieniem najlepszych - ich zdaniem - prac. I tak:
W kategorii malarstwa olejnego I nagrodę zdobył Alfred Polok z Dobrzenia Wielkiego k. Opola, II - Maciej Janowski z Poznania, III - Danuta Giergun z Krakowa. Wyróżnienia otrzymali Jacek Gałczyński z Białej Podlaskiej i Agata Witkoś z Poznania.
W kategorii malarstwa akwarelowego: I miejsce zdobył - Jacek Gałczyński z Białej Podlaskiej, II - Michał Justycki z Raciborza, III - Marianna Machlowska z Krakowa. Wyróżnienie przyznano Ewie Oliwkowskiej z Kowar k. Jeleniej Góry.
W kategorii grafiki: I miejsce otrzymał Jarosław Prystupiuk z Sanoka, II miejsce - Jerzy Orłowski z Wrząsowic k. Krakowa, III miejsce - Danuta Giergun z Krakowa. Wyróżnienie otrzymała Katarzyna Pilśniak z Częstochowy.
Pozostałe osoby także otrzymały nagrody za udział w Plenerze: Józef Hereda z Rzeszowa, Katarzyna Kłosińska z Myślenic, Judyta Kowalska z Warszawy, Marta Łaziuk z Warszawy, Mariola Moskalik z Nidzicy k. Olsztyna, Renata Rosiek z Trzebini k.Krakowa, Jadwiga Starczyńska z Krakowa, Magdalena Sypień z Kołobrzegu i Kazimierz Witek z Sanoka.
Gratulujemy wszystkim artystom malarzom, dziękując za ich twórczą pracę!

Va Deo Vicit!

Malowanie jest jedną stroną pleneru, drugą - jest zwiedzanie zabytkowych miejsc. Nasi artyści malarze odbyli wycieczki do Wadowic, Gorzenia Górnego i Kalwarii Zebrzydowskiej. Kolejny dzień był poświęcony na zwiedzanie Kopalni Soli w Wieliczce i Wawelu w Krakowie. O każdym z tych pięknych, historycznych miejsc można poczytać w przewodnikach. Zwrócę więc uwagę tylko na pewne fakty, które z pewnością zapadły głęboko w serca wszystkich uczestników pleneru.
Jedziemy do Wadowic. W autobusie opowiadam o historii miasta. Wszyscy wiemy, że jest to rodzinne miasto papieża Jana Pawła II. Jest tu jego Dom Rodzinny przy ul. Kościelnej 7, obecnie zamieniony na muzeum, w którym są liczne dokumenty, osobiste rzeczy rodziny Wojtyłów. Na tablicach widnieje niezwykle bogata kolekcja zdjęć, pokazujących całą drogę kapłańską Karola Wojtyły od Wadowic do Watykanu, a także zdjęć z pielgrzymek papieskich. Z okien muzeum widać bazylikę Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, a na jej wschodniej ścianie zegar słoneczny, którego wskazówki pokazują godzinę śmierci Papieża. Jeden z uczestników zadał pytanie: "Dlaczego nazwa Wadowice?" Umiałam odpowiedzieć na to pytanie tylko dzięki temu, że parę miesięcy temu wpadł mi w ręce artykuł opowiadający o spotkaniu warszawskiego dziennikarza Krzysztofa Skowrońskiego z papieżem Janem Pawłem II i pewnym rabinem podczas pielgrzymki Jego Świątobliwości do Ziemi Świętej (2000 r.). Przytoczę poniżej fragment tego artykułu:
ŤGdy wjeżdżała kawalkada samochodów, wąskie uliczki Jerozolimy zmusiły ją do zatrzymania - akurat w takim miejscu, że stałem metr od Jana Pawła II i przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Przeszył mnie dreszcz od stóp do głowy i od głowy do stóp. Gdy kolumna samochodów ruszyła dalej, doznałem uczucia, że w tej chwili zrozumiałem wszystko, co działo się i dzieje. Chaos myśli uporządkował się, zastąpiły go spokój i jasność.
Poszedłem do hotelu położonego na wzgórzu, z widokiem z okna na starą Jerozolimę, otworzyłem Ewangelię i przeczytałem fragment dotyczący wjazdu Jezusa. I tam wtedy czekał na niego tłum, a w tłumie dało się słyszeć pytanie: "Kim jest ten człowiek?"
I z tym samym pytaniem zwróciłem się do rabina Rozengaartena (ze Starego Sącza, ukończony wydział arabistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, w armii Andersena do końca), który był jednym z czterech gości mojej radiowej audycji. Zapytałem: "Kim jest ten człowiek?" Rabin chwilę się zastanowił i odpowiedział: "Święty! Pierwszy prorok, który od dwóch tysięcy lat chodzi po Ziemi Świętej".
A potem rabin zapytał mnie: "Czy pan wie, co znaczy nazwa miasta, w którym urodził się Karol Wojtyła?". Oczywiście nie wiedziałem. A on uśmiechnął się i powiedział, że dla studiujących Pismo jest to oczywiste: Wadowice to Va Deo Vicit. Idź, Bóg zwycięży. I Bóg zwyciężył.ť
Teraz możemy zrozumieć, dlaczego Bóg powołał Papieża - Polaka z Wadowic!
W pobliżu Wadowic jest niewielka wieś Gorzeń Górny, w którym zachował się dworek Emila Zegadłowicza - pisarza i poety okresu międzywojennego (1888 - 1941), piewcy kultury ludu i piękna Ziemi Beskidzkiej, autora m.in. znanej ballady "Powsinogi beskidzkie". W dworku mieści się muzeum poświęcone jego twórczości literackiej, a także kolekcja dzieł sztuki różnych artystów. Jest tu między innymi jedyna w kraju ekspozycja rzeźb Stanisława Bałysa, a także największa prywatna kolekcja sztuki prymitywnej w Polsce, która niestety została wywieziona w 1941 r. przez hitlerowców i jej los jest dotąd nieznany.
Największe wrażenie zrobiło na nas spotkanie z żyjącą do dziś córką Emila Zegadłowicza - Atessą, która ma 86 lat. Jej córka, czyli wnuczka Emila Zegadłowicza oprowadziła nas po tym muzeum, a później pokazała nam jeszcze prywatną kolekcję prac malarskich swego syna, który obecnie kończy Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Spotkanie było bardzo miłe, choć naznaczone smutnym akcentem. Chodzi o los tego dworku, który, pozostawiony samemu sobie, powoli niszczeje. Rodzina Zegadłowiczów z wielkim wysiłkiem i trudem stara się utrzymać zabytek, ale konieczna jest tu finansowa pomoc państwa, gdyż dworek wymaga renowacji. Pamiątką z tego spotkania jest nasze wspólne zdjęcie z córką i wnuczką Emila Zegadłowicza.
Kalwaria Zebrzydowska była ostatnim etapem tej jednodniowej wycieczki. To również ukochane miasto kapłana, biskupa i kardynała Karola Wojtyły, papieża Jana Pawła II. Kalwaria - to nazwa wzgórza pod Jerozolimą, na którym ukrzyżowano Jezusa. To także, najkrócej rzecz ujmując, droga krzyżowa ze stacjami Męki Pańskiej, rozmieszczonymi na pagórkowatym terenie. Kalwaria Zebrzydowska pod względu układu terenu jest bardzo podobna do prawdziwej Drogi Krzyżowej w Jerozolimie. Dlatego walory krajobrazowe i kulturowe naszej Kalwarii Zebrzydowskiej są bezcenne. Tu przed Świętami Wielkanocnymi odbywa się żywe Misterium Męki Pańskiej, czyli przedstawienie, pokazujące całą Mękę Chrystusa. Liczni wierni biorą w tym osobisty udział, mówiąc, że nie chodzi tu o teatr, lecz o pomoc w zrozumieniu prawdy o zbawieniu człowieka. Wokół Kalwarii rozchodzą się tzw. Dróżki Pana Jezusa i Matki Bożej, czyli trasa o długości ok. 6 km, zawierająca 28 stacji Drogi Krzyżowej. Biskup i kardynał Karol Wojtyła często samotnie odprawiał te Dróżki, odzyskując siły duchowe. Miał On także szczególne nabożeństwo do Matki Bożej Kalwaryjskiej. Przyjeżdżał tu przedstawić Jej trudne sprawy, które niepokoiły jego kapłańskie serce. A potem, jak pisał, te sprawy same się rozwiązywały. Jako wotum wdzięczności papież Jana Paweł II podczas swej III pielgrzymki do Ojczyzny w dniu 10.06.1987 r. ofiarował Matce Bożej Kalwaryjskiej piękną, złotą różę, która została umieszczona po lewej stronie Jej cudownego obrazu.
O Wieliczce i Krakowie pisałam już niejednokrotnie na łamach "Świata Ciszy". Wspomnę tylko, że nasi artyści malarze mieli okazję poznać szeroki przekrój wydarzeń historycznych Polski, gdyż zwiedzili prawie cały Wawel - skarbiec, zbrojownię, komnaty królewskie i katedrę. Należy podkreślić, że Kalwaria Zebrzydowska, Kopalnia Soli w Wieliczce, Wawel w Krakowie zostały wpisane przez UNESCO na listę zabytków klasy "0".

Duch pleneru

Podczas zwiedzania Kopalni Soli w Wieliczce zwróciłam uwagę na napis Johanna Wolfganga Goethego, wykuty w solnej bryle: "Sztukę należy wspierać, bo tworzą ją nieliczni, a potrzebuje wielu!" Chcę nawiązać do tych słów, podkreślając wagę trzeciej - duchowej strony pleneru. Były to, jak wspomniałam na wstępie artykułu, wieczorne spotkania ze sztuką. Prowadzili je na zmianę Michał Justycki i Artur Trojanowski. Głuchy i słyszący profesjonalni artyści malarze stanęli obok siebie. Pełna integracja, zrozumienie, otwartość, brak barier! Podzielili się oni swym bogactwem wewnętrznym i swoją wiedzą. Michał położył nacisk na radość samego aktu tworzenia, prezentował różne style i rodzaje sztuki. Chciał on rozpalić w sercach naszych artystów autentyczną miłość do sztuki! Czy ludzie mogą żyć w domach z pustymi ścianami?! - pytał. Przecież pierwotni ludzie ozdabiali ściany jaskiń różnymi rysunkami! Sztuka powstała z potrzeby piękna!
Każdy z naszych artystów malarzy mówił o sobie, o swoich zmaganiach ze sztuką, o swoich pierwszych próbach malowania, o niepowodzeniach i sukcesach. Nie sposób przytoczyć tu imienne wypowiedzi. W każdym akapicie opiszę myśli ogólne, przedstawione przez wszystkich naszych twórców. Oto one:
Sztuka jest żywa! Jest jak kwiat, który rozkwita, pokazuje swoje piękno. Ludzki mózg jest podobny do kwiatu, też stopniowo rozwija się, poznaje różne kolory i łączy je, tworząc swój niepowtarzalny świat. Obok kwiatu leży kamień. On jest martwy, "nic nie robi", jest "leniwy". Nie można być leniwym, jeśli chce się być artystą malarzem. Sztuka wymaga pracy!
Ale kamień to nie tylko lenistwo. To także symbol wytrwałości, przetrwania trudnych chwil. Trzeba być wytrwałym, mimo przeciwności, trudności czy niepowodzeń w malarstwie. Albowiem kwiat może się złamać. A kamień wciąż nienaruszony trwa!
Część z naszych artystów miała trudne dzieciństwo. Lata wojny i okupacji, brak przyborów szkolnych, papieru do malowania, rozpoczęcie nauki w późniejszym wieku szkolnym, a także niezrozumienie w rodzinach - to były przyczyny, które spowodowały, że pasja malowania rozwijała się najczęściej dopiero w szkole. Niektórzy z artystów mówili, że ich sztuka wyrosła z cierpienia. Dopiero nauczyciele w szkole lub instruktorzy w kołach plastycznych PZG zwrócili uwagę na to, że rysunek ich niesłyszących podopiecznych jest dobry, ciekawy i ładny. Dobre słowo i zachęta sprawiły, że początkujący artyści nie chowali obrazków już do szuflady, lecz nadal je malowali i pokazywali na wystawach szkolnych i pozaszkolnych.
Tworzenie sztuki musi opierać się na solidnej wiedzy. Trzeba czytać, poznawać historię sztuki z przeszłości po to, aby nie powtarzać w nieświadomości tego, co już było, lecz tworzyć nowe style, nową wizję, nową przyszłość, nowy świat. Człowiek rozwija się powoli. Podobnie jak małe dziecko - ono przecież nie od razu umie chodzić. Najpierw raczkuje, potem próbuje stanąć na nóżkach, chwytając się rąk mamy czy taty, a dopiero później chodzi i biega samodzielnie. Podobnie człowiek stopniowo wchodzi w świat sztuki.
Wydaje się, że malowanie to jest łatwizna. Nie, to nie jest tak. Trzeba bardzo pracować wyobraźnią. Trzeba szukać różnych kolorów, dodawać do nich np. efekty świetlne. Warto stosować różne narzędzia, np. dłuto, szpachelkę, a nie tylko pędzel. Ogromnie ważna jest nie tylko kolorystyka, ale także kompozycja i perspektywa. To wszystko musi być ze sobą spójnie powiązane. Wyobraźnia pomaga tworzyć obrazy abstrakcyjne, ale można dodawać do abstrakcji także elementy realne, z naszej otaczającej rzeczywistości.
Człowiek przechodzi różne kryzysy w swoim życiu. Może zostawił nas ktoś bliski, chłopak czy dziewczyna, może zawiódł nas ktoś, kto był naszym przyjacielem. Odczuwamy samotność. I nie możemy sobie z tym poradzić. Takie kryzysy można dostrzec w naszych obrazach. Bywa, że np. kolorystyka jest dobra, ale za to są braki w rysunku czy kompozycji. To jest wewnętrzne zmaganie. Ważne jest jednak to, aby się nie poddać, lecz wyjść z kryzysu w sposób twórczy. Trzeba więc ćwiczyć malowanie, a czas uleczy rany.
Sztuka otwiera nasz wewnętrzny świat. Malujemy, by pokazać coś innym, naszą wartość i godność. Sztuka działa kojąco jak balsam, uspokaja, gdy jesteśmy zdenerwowani.
Czy można nauczyć się malować poprzez kopiowanie obrazów mistrzów? Można, ale to za mało. Trzeba też obserwować otaczający nas świat i dużo myśleć. Trzeba pytać: dlaczego? Trzeba poznawać innych artystów, uczyć się od nich, najpierw ich naśladując, a potem szukając własnego stylu. Wielu artystów nauczyło się malować właśnie na plenerach, organizowanych przez Polski Związek Głuchych. Podpatrywało malowanie artystów profesjonalnych i rozmawiało z nimi na temat obrazów. Dopiero na tej bazie powstawał już własny styl malowania.
Podsumowując: nieważne jest to, że nasi artyści nie słyszą czy niedosłyszą. Oni są po prostu twórcami, pełnosprawnymi! Zobaczyli to i docenili ci, którzy byli na wernisażu w Galerii Winkiell w Lanckoronie: zaproszeni goście, wśród nich przedstawiciele władz Polskiego Związku Głuchych - Ryszard Ciesielski - wiceprezes ZG PZG, Andrzej Kopeć - prezes Zarządu Oddziału Małopolskiego PZG, Sabina Kosoń - wiceprezes ZOM PZG i prezes Koła Terenowego PZG w Krakowie, Piotr Diehl - redaktor "Świata Ciszy", Renata Bukowska - Dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury, a przede wszystkim liczni artyści słyszący, znajomi i przyjaciele Artura Trojanowskiego.

Dziękujemy!

Pamiątki z tego pleneru w postaci obrazków, malowanych w technikach akwarelowej i graficznej przez uczestników, ofiarowaliśmy wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji tej ogólnopolskiej imprezy: sponsorom - Ministerstwu Kultury - Instytutowi im. Adama Mickiewicza w Warszawie, Oddziałowi Małopolskiemu Polskiego Związku Głuchych w Krakowie i Miejskiemu Ośrodkowi Pomocy Społecznej w Krakowie; współorganizatorom - Gminnemu Ośrodkowi Kultury i Galerii Winkiell w Lanckoronie; patronom medialnym - miesięcznikowi "Świat Ciszy", Dziennikowi Polskiemu, Gazecie Wyborczej, TV Kraków; prezesowi Zarządu Głównego Polskiego Związku Głuchych w Warszawie - Kazimierzowi Diehlowi, członkom jury, dyrekcji Hotelu "Korona", gdzie mieliśmy wspaniałe warunki zakwaterowania i wyżywienia, i wielu innym. W szczególny sposób dziękuję w imieniu własnym i wszystkich artystów Danucie Giergun, Arturowi Trojanowskiemu, Michałowi Justyckiemu i Renacie Olejczyk za bezpośredni wkład pracy, włożony w realizację pleneru.
Trzeba pamiętać, że ci nieliczni artyści są szczęśliwymi wybrańcami losu. Obserwują świat uważniej i głębiej niż my, zwykli śmiertelnicy. Są twórcami piękna, odbitego na płótnie czy papierze, którego my, liczni, potrzebujemy.

Małgorzata Woźniakowska










Polski Związek Głuchych 1999-2007 Wszelkie prawa zastrzeżone, wykorzystywanie jakichkolwiek elementów strony bez zezwolenia autorów jest zabronione.