Przeszłam przez piekło hitlerowskiego obozu koncentracyjnego

Włodzimierz Śmieciński zanotował wspomnienia Wandy Żeglińskiej-Włoskiewicz

W 2005 roku przypadła 60 rocznica zakończenia II Wojny Światowej oraz wyzwolenia więźniów z hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Chcę utrwalić relację niesłyszącej więźniarki obozu Ravensbrück - Wandy Żeglińskiej-Włoskiewicz, należącej dziś do pokolenia osiemdziesięciolatków, a więc jest szczególny czas, aby dokonać zapisu jej wspomnień. Oto zapis jej wspomnień:

"Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, jedno z najbardziej dramatycznych wydarzeń okresu wojny w moim życiu, miałam 17 lat i mieszkałam z rodzicami na Dolnym Mokotowie. 20 sierpnia 1944 r. powstańcy po zaciętych walkach w rejonie, w którym mieszkałam, wycofali się. Niemcy kazali nam opuścić domy, zabrać tylko niezbędne rzeczy. W konwoju uzbrojonych żołnierzy maszerowaliśmy do Wilanowa, a następnie przez 3 dni z krótkimi przerwami maszerowaliśmy do obozu przejściowego dla ludności Warszawy - w Pruszkowie. Tutaj po selekcji załadowano nas do bydlęcych wagonów i zamknięto bez jedzenia i wody. Za Berlinem pociąg zatrzymał się i kazano wszystkim mężczyznom opuścić wagony i odwieziono ich do obozów, mojego ojca do Sachsenhausen. Nas kobiety zwieziono dalej do obozu koncentracyjnego dla kobiet do miejscowości Ravensbrück, w pobliżu Fürstenbergu, na północ od Berlina. Był to początek września 1944 r. Po wypchnięciu z wagonów zaprowadzono nas na plac, gdzie otoczyły nas esesmanki i zaprowadziły do baraku, tam kazano nam rozebrać się do naga. Wszystkie ubrania i rzeczy osobiste nam zabrano. Fryzjerki obcięły nam włosy, w łaźni kazano się umyć i dano nam płócienne pasiaki szaro-niebieskie. Następnym etapem było stanie w kolejce do wpisania naszych nazwisk oraz personaliów do księgi. Dostałyśmy numery ewidencyjne wyszywane na piersi pasiaka oraz trójkąt czerwony z literą "P" określającą narodowość. Stałam się więźniem nr 63315 obozu koncentracyjnego. Zaprowadzono nas do drewnianego baraku, który nazywał się blokiem nr 28. Stały tam trzypoziomowe prycze. Funkcję dozorczyni tzw. 'kapo' pełniła Niemka: sadystka, kryminalna. Spałyśmy z matką na górnej pryczy, która zamiast siennika miała wygnieciona słomę, a za okrycie służył nam dziurawy koc. Rano trzeba było wstawać o godzinie 5 i stawić się na apelu. Po liczeniu i sprawdzeniu ile jest więźniarek, było śniadanie składające się z kawy zbożowej i kromki chleba. Potem maszerowałyśmy poza obóz do warsztatów, gdzie pracowałyśmy przez 12 godzin przy wytwarzaniu części do mundurów dla żołnierzy niemieckich. Pomiędzy 13-ą a 14-ą była przerwa na obiad, składający się z talerza zupy z brukwi lub innych warzyw i znów praca ponad siły. Wieczorem wracałyśmy zmęczone do bloku. Na kolację znów kubek kawy zbożowej i kromka chleba. W obozie panowały nieludzkie warunki życia, wyniszczająca praca, głód, bestialstwo załóg obozowych, srogie warunki klimatyczne. Wszystko to wpływało na wysoką śmiertelność wśród moich współtowarzyszek niedoli. Ciała zmarłych palono w krematorium. Gdy zbliżała się zima, nie miałam nic ciepłego do założenia na siebie, więc zmuszone byłyśmy obie z matką oddawać pół kromki ze śniadania lub kolacji kobiecie, która pracowała w magazynie, aby przemyciła dla nas sweter lub ciepłe ubranie. W obozie były ze mną dwie niesłyszące koleżanki też z Warszawy : Stefania Rudzińska i Krystyna Kotewa, wzajemnie pomagałyśmy sobie jak mogłyśmy. W obozie Ravensbrück były więźniarki z całej Europy. W połowie kwietnia 1945 roku obóz został wyzwolony przez wojska sowieckie, załoga obozu wraz z komendantem wcześniej uciekła. Gdy otworzyła się brama obozu i wjechali rosyjscy żołnierze na czołgach, z radości, wszystkie płakałyśmy, całowałyśmy się i modliłyśmy się i tańczyłyśmy z radości, że jesteśmy wolne. Następnie zaczęłyśmy ubierać się w ubrania, które były w magazynie, choć swoich ubrań już nie znalazłam. W następnych dniach przyjechała misja amerykańska, która stacjonowała niedaleko nas. Przywieźli nam żywność i lekarstwa. Dostałyśmy przepustki upoważniające do stołowania się i leczenia w ich strefie. Byłam zupełnie osłabiona i wyczerpana ciężką pracą. W późniejszym czasie przyjechali przedstawiciele Szwedzkiego Czerwonego Krzyża i opiekowali się nami, proponowali nam wyjazd do Szwecji na leczenie, ale moja matka, ja i większość współtowarzyszek tęskniła za domem w Polsce. Do Warszawy wróciłam z matką na początku listopada 1945 r., zastałyśmy nasz dom spalony, tymczasowe noclegi znalazłyśmy w PCK. Byłam fizycznie i psychicznie wyczerpana przeżyciami obozowymi. Przez następne lata wymagałam leczenia sanatoryjnego - 20 pobytów. W obozie było 132 tys. kobiet w tym 30 tys. Polek. W podobozach zginęło 92 tys. kobiet w tym 17 tys. Polek. Był też tam szpital, w którym wykonywano pseudomedyczne, zbrodnicze operacje głownie na młodych kobietach.
Tragiczne lata okupacji hitlerowskiej nie oszczędziły niesłyszących, na równi z innymi wywożeni byli na roboty do Niemiec, obozów zagłady, rozstrzeliwani. Oprócz wymienionych wcześniej kobiet w obozach zagłady przebywali niesłyszący z Warszawy, w Mathausen: Stanisław Siła-Nowicki - zasłużony działacz PZG, w Oświęcimiu : Stanisław Wikieł - młodociany kolporter prasy podziemnej, Witold Wroczyński - zasłużony działacz sportowy PZSG oraz inni, których nazwisk nie udało mi się ustalić.

Spisał Włodzimierz Śmieciński
kronikarz Koła Stołecznego PZG

PZG.ORG.PL | Działalność PZG | Placówki PZG | Prezydium ZGPZG | Komisje | About PZG |Świat Ciszy InformacjeKulturaTechnika | Opinie | Język migowy | Historia | Prawo | Media i linki | Archiwum | Galeria | Malarstwo | Fotografia | Rzeźba | Grafika komputerowa | | Forum | Ogłoszenia | Wideokonferencja | Księga gości | Kontakt


Polski Związek Głuchych 1999-2001Wszelkie prawa zastrzeżone, wykorzystywanie jakichkolwiek elementów strony bez zezwolenia autorów jest zabronione. Najlepiej oglądać w Microsoft Internet Explorer >4.0, w rozdzielczości > 800/600.